Żniwa kontrolerów w warszawskich pociągach
Kara 650 złotych za to, że pasażer wsiadł na wcześniejszej stacji w tym samym mieście, choć cena biletu była taka sama. Kara 211 zł za to, że pasażerowie nie znali barw pociągów przewoźników i wsiedli do biało-niebieskiego zamiast biało-zielono-żółtego. Albo 170 zł za to, że choć mieli prawidłowy bilet do tradycyjnego kasownika, to kasowników w nowoczesnym pociągu nie było. Warszawscy kontrolerzy w bezczelny sposób polują na nieświadomych pasażerów.
Pierwsza sprawa dotyczy studenta, który z biletem na trasę Warszawa Centralna – Biała Podlaska wsiadł w tym tygodniu do pociągu TLK na wcześniejszej stacji Warszawa Zachodnia. Nie zgłosił się do konduktora po dopłatę i brakującą miejscówkę na kilkuminutowy odcinek, bo nawet nie miał co dopłacać – bilet z Warszawy Zachodniej kosztuje tyle samo. A pociąg był prawie pusty. Gdy dopadł go kontroler, wystawił mu karę – 655 złotych. Formalność służbisty wzięła górę nad logiką i zdrowym rozsądkiem. PKP Intercity zamiast zapowiadać w mediach, że karę anuluje, prawi wywody, że nawet w takim przypadku trzeba iść do konduktora po odpowiednie poświadczenie, a pasażer może teraz złożyć odwołanie. I liczyć na akt łaski.
Na podstawie wybranych biletów komunikacji miejskiej ZTM można w Warszawie podróżować wszystkimi regionalnymi pociągami Kolei Mazowieckich i Szybkiej Kolei Miejskiej. Łatwo je odróżnić od składów dalekobieżnych, bo zestawione są głównie z charakterystycznych jednostek trakcyjnych. A w centrum stolicy kursują przez dworzec dla pociągów osobowych Warszawa Śródmieście. Pech chciał, że każdego dnia o godzinie 8.45 przejeżdża tamtędy pociąg interREGIO spółki Przewozy Regionalne z Dorohuska do Warszawy Zachodniej. To ostatnie minuty jego kilkugodzinnej trasy. Jako jedyny pociąg tego przewoźnika (z winy PKP PLK) jest wytrasowany nie przez Warszawę Centralną, a właśnie Śródmieście. Gdy w piątkowy poranek wsiadło do niego kilka osób, w przedsionku powitali ich kontrolerzy. Kart miejskich nie uznali i wystawili im mandaty. Po 211 złotych na głowę. Tyle wyniosła ich 3-minutowa podróż do stacji Ochota.
Tłumaczenia przewoźnika są absurdalne. Jak powiedział portalowi gazeta.pl rzecznik Przewozów Regionalnych, kierownik pociągu i konduktor zniechęcają pasażerów do wsiadania na Dworcu Śródmieście, a ponadto łatwo się zorientować, że skład pochodzi z województwa lubelskiego. Wagony są biało-niebieskie albo szaro-bordowe, zaś barwy Kolei Mazowieckich to biały, żółty i zielony, a SKM – kremowo-czerwony. Problem w tym, że niektóre pociągi w malowaniu Przewozów Regionalnych jeżdżą w Kolejach Mazowieckich, które wypożyczyły je na czas kryzysu taborowego. Pasażer w kolejowej tematyce musi być więc wszechwiedzący. A wbrew temu, co opowiada rzecznik, jego spółka od kilku miesięcy uporczywie uchyla się od dostosowania oznakowania pociągów do nowych przepisów (pisaliśmy o tym w artykule „Samorządowi przewoźnicy z przepisami na bakier„). W takiej sytuacji nie trudno o pomyłkę.
Innym absurd dotyczy pociągów kursujących na stację Warszawa Lotnisko Chopina. Oprócz składów SKM, raz na godzinę jedzie tam również pociąg Kolei Mazowieckich (KM). A ten, choć jest nowoczesnym składem, nie ma ani jednego kasownika. W pociągach lotniskowych KM od roku obowiązują też wszystkie bilety warszawskiej komunikacji miejskiej, także kartonikowe z paskiem magnetycznym. Przy każdych drzwiach w SKM jest kasownik, a w Kolejach Mazowieckich nie ma żadnego. Za to – zgodnie z ich przepisami – kto nie ma ważnego biletu, ten musi wsiąść pierwszymi drzwiami i zgłosić się do kierownika pociągu. A on aktywuje kartonikowy bilet… długopisem albo pieczątką. Szkoda że nie dziurkaczem. Trudno zaś wytłumaczyć obcokrajowcom, że przeznaczony do kasownika bilet w nowoczesnym biało-zielonym pociągu kasuje nie maszyna, lecz człowiek. Na nieświadomych turystów czyhają kontrolerzy z firmy Renoma. Pociągi lotniskowe i linia średnicowa w Warszawie to ich ulubione miejsca żniw. A że mają podpisane umowy z innymi przewoźnikami, nie stronią również od kontroli w pociągach IC i PR. Oczywiście podczas pierwszych lub ostatnich kilku minut podróży.
W ubiegłym roku pewna warszawska rodzina wybrała się ze znajomymi, by zrobić dzieciom kolejową wycieczkę. Wcześniej zaopatrzyli się w bilety dobowe ZTM. Gdy w śnieżycy czekali na pociąg, schronili się pod wiatą. Skład Kolei Mazowieckich zatrzymał się na tyle daleko, że zdążyli dobiec do końcowych drzwi. W środku okazało się, że nie ma kasownika. Gdy przedstawiciel grupy poszedł z biletami szukać konduktora, na drodze stanął mu kontroler Renomy. I wystawił mandaty za jazdę na gapę. Pan Andrzej pozwał kolej do sądu. Sprawę wygrał. Na zamalowanej sprejem wiacie nie było ani informacji o wsiadaniu do pociągu pierwszymi drzwiami, ani nawet rozkładu jazdy. Po tym zdarzeniu Koleje Mazowieckie ogłosiły przetarg na kasowniki do pociągów lotniskowych. Mijają miesiące, a urządzeń jak nie było, tak nie ma.
Z kolei od czerwca br. ważny bilet MPK wystarczy, by pomiędzy wrocławskimi stacjami podróżować pociągami Przewozów Regionalnych. Choć będą w nich obowiązywały także bilety papierowe, pasażerowie muszą je wcześniej skasować w pojeździe MPK. Gdy podróż zaczną od pociągu, nie pomoże własny dziurkacz – podobnie jak w Warszawie, też dostaną karę. A bilet kupimy w pociągu nie będzie ważny na kontynuowanie podróży w MPK.
Polska kolej potrafi wyjść naprzeciw pasażerom. Szkoda tylko, że z serią pułapek i armią kontrolerów.
źródło: KolejoweAbsurdy.pl{jcomments on}

