Strona główna » Wiadomości » Kadry i ludzie » „Jesteśmy naiwni gospodarczo jak małe dzieci i nie dbamy o swoje interesy”.

„Jesteśmy naiwni gospodarczo jak małe dzieci i nie dbamy o swoje interesy”.

Sylwia

Wielomilionowe kontrakty z niemieckimi Deutsche Bahn czy też włoskimi Trenitalia. Pesa czyli profesjonalizm i perfekcja w każdym calu. Prezes Tomasz Zabokolicki udzielił rok temu Gazecie Wyborczej wyjątkowego wywiadu, w którym opowiedział o tajemnicy sukcesu Pesy oraz o tym, dlaczego jego zdaniem nasz rząd jest naiwny. Od tego czasu ludzie na najwyższych szczeblach władzy się zmienili, lecz problemy i popełniane błędy pozostały te same…

Do podpisania kontraktu z DB mogło nie dojść, gdyż oprotestowali go niemieccy związkowcy. Pesa zaproponowała więc, że część podzespołów będzie wykonywana w ich kraju. Niemcy bronili swoich intersów i to zdaniem Zabokolickiego powinno być dla Polaków przykładem do naśladowania. Oto fragment wywiadu, w którym właściciel Pesy omówił naszym zdaniem najważniejsze „grzechy” polskich polityków:

„Tomasz Zabokolicki: – Będziemy mieli w Polsce włoskie Pendolino, ale widzieli państwo, aby ktoś z władz walczył, żeby w tych pociągach były jakieś polskie urządzenia, polskie elementy? Wydajemy 2,7 mld zł i jest nam to obojętne!

Owszem, w końcu być może pewne rzeczy do Pendolino będą zrobione w Polsce, ale nie dlatego, że my tego się domagaliśmy. To tylko dobra wola Alstomu – właściciela zakładów Fiat Ferroviaria, który wygrał kontrakt z PKP.

Inny przykład – Ministerstwo Obrony Narodowej. Szukając nowych samolotów szkoleniowych dla wojska, resort nie wymaga, żeby były serwisowane czy składane w Polsce!

Gazeta Wyborcza: MON się broni, że zgodnie z prawem zamówień publicznych w takich przetargach nie może być zapisany np. wymóg produkcji sprzętu w Polsce lub cokolwiek innego, co ograniczałoby konkurencję.

T.Z.: – Jakoś inne kraje nie mają z tym problemu. Kolej niemiecka i tamtejszy rząd są zainteresowane, aby pasażerowie i opinia publiczna widzieli, że oni dbają o interes narodowy. Wygraliśmy przetarg? To musieliśmy znaleźć rozwiązanie, które zadowoli obie strony.

G.W.: Dlaczego w Polsce nie może być podobnie?

T.Z.: – Politycy wytworzyli takie wrażenie, że polscy przedsiębiorcy to kombinatorzy. Lepiej się z nimi nie pokazywać. A już na pewno żadnych zdjęć, bo będą posądzeni o lobbing czy łapówki. Jest zasada: „Jak mamy prywatną firmę – to nie zbliżamy się do niej, niech sobie sama radzi”.

Widzę, że pan wicepremier Janusz Piechociński i pan minister Radosław Sikorski chcą coś zmienić. I za to mam do nich wielki szacunek. Bo nie jest wstydem, żeby premier czy wicepremier Szwajcarii pojechał z firmą szwajcarską do Rosji, Białorusi czy Polski. Nie jest wstydem, że kanclerz Niemiec czy prezydent Francji jadą ze swoimi firmami do Rosji. Po wizycie w Moskwie Angeli Merkel Siemens zawarł duży kontrakt [chodzi o 2,5 mld euro]. Dlaczego? Bo byli z nią przedstawiciele firmy. A politycy walczyli w interesie Siemensa.

Nawet Król Hiszpanii jeździł do Kazachstanu w sprawie kontraktów prywatnych firm hiszpańskich z naszej branży.

G.W.: Chciałby pan, żeby Donald Tusk zabierał pana ze sobą do samolotu, jadąc za granicę?

T.Z.: – A dlaczego nie? W 2010 i w 2012 roku, kiedy byłem z naszymi nowymi pociągami na targach w Berlinie, zbieraliśmy świetne oceny. Żaden z polskich polityków czy ambasadorów do nas nie zajrzał. A zachodni politycy odwiedzali wyłącznie stoiska swoich firm. Byli tam ministrowie Niemiec, Rosji, Francji… Nasz minister infrastruktury miał inne, ważniejsze obowiązki. Przyjeżdżali na targi wiceministrowie, ale bardziej incognito.

Dwie trzecie naszego PKB tworzą przedsiębiorcy. Jak można się ich wstydzić i unikać? Jak można się wstydzić kogoś, kto przynosi do tego kraju pieniądze?

Rząd potrzebuje pieniędzy z podatków na rozwój, płace urzędników, emerytury itp. Przedsiębiorcy, aby je zapłacić, muszą mieć zlecenia. Rządowi powinno więc zależeć, abyśmy mieli ich jak najwięcej.

Inni o tym wiedzą. My się dopiero uczymy.

G.W.:I?

T.Z.: Niedawno wygraliśmy przetarg na budowę pociągów dla Czechów. I co się dzieje? Przyjechał do nas, do Bydgoszczy ambasador Czech w Polsce z sześcioma firmami czeskimi, prosząc, abyśmy coś od tych firm kupili do tego czeskiego kontraktu. Prosił sam ambasador. Nie jakiś pracownik placówki dyplomatycznej czy niższej rangi urzędnik. On się nie wstydził. Nie bał się, że będzie pomówiony o jakieś układy z prywatnymi firmami. Po prostu postanowił wspierać czeską gospodarkę.

G.W.: Wyobraża pan sobie naszego ambasadora odwiedzającego razem z polskimi firmami francuski Alstom, który ma nam wyprodukować Pendolino?

T.Z.: – Nie wyobrażam sobie. U nas attaché handlowi podlegają pod ministerstwo gospodarki, ambasadorowie pod MSZ. Czy oni tworzą jakieś zespoły obsługi polskich firm? Czy oni ze sobą współpracują? Nie jestem o tym przekonany.

Dzisiaj powinniśmy prowadzić nie tyle dyplomację polityczną, ile dyplomację gospodarczo-polityczną. W ambasadach nie ma przetłumaczonych kodeksów handlowych danych krajów, nie ma dostępnych przepisów związanych z zamówieniami publicznymi. To jak oni chcą nam pomagać?

G.W.: Może nie potrzebujecie pomocy. Jakoś sobie radzicie.

T.Z.:- Sami wynajmujemy prawników, tłumaczy i wszystko sami załatwiamy. Ale my już jesteśmy dużą firmą. W Polsce jest mnóstwo średnich firm, które mogłyby i chciałyby rozwijać się za granicą. One potrzebują pomocy.

Rząd musi zmienić nasze placówki dyplomatyczne – one muszą pomagać przedsiębiorcom. Polscy ambasadorowie powinni być rozliczani z tego, ile będzie polskiego eksportu do kraju, w którym urzędują. A rozmieszczenie ambasad i liczba zatrudnionych tam osób powinny być uzależnione od interesów gospodarczych, jakie mamy w danym kraju.

Zanim PESA zaczęła podbijać Europę, była państwowym, związanym z PKP, Zakładem Naprawczym Taboru Kolejowego w Bydgoszczy.

W czasie transformacji ustrojowej zakład był przeznaczony do likwidacji. Byliśmy pacjentem, który miał zejść z tego świata. Poszczególne części bydgoskiego zakładu miały już swoje przeznaczenia.

Tak jak rozleciał się pobliski Romet produkujący rowery, tak też mieliśmy rozlecieć się my. W 1991 roku załoga wybrała mnie do rady nadzorczej. Mimo że nie byłem w żadnym związku zawodowym.

G.W.: To czym pan sobie zasłużył na wybór?

T.Z.: – Docenili moją fachowość. Mówiłem prawdę. Nie przekonywałem, że jakoś to będzie. Mówiłem prosto w oczy, że jesteśmy w tragicznej sytuacji i potrzebujemy ostrej terapii.

Inaczej nikt nie będzie miał pracy. Byliśmy zadłużeni po uszy. Brakowało pieniędzy na światło, na pensje. Cały zarząd postanowił więc szukać nisz na rynku. I znaleźliśmy. Wymyśliliśmy kryte wagony do przewozu zboża. Do tej pory przewożono je w węglarkach, to powodowało, że zboże się psuło. Budowaliśmy też wagony do przewozu drewna, na które szybko można było towar załadować i rozładować.

Kiedy jakoś się pozbieraliśmy i firma zaczęła wychodzić na prostą, zdarzyła się kolejna tragedia. W rządzie premiera Jerzego Buzka powstała lista firm, głównie zagranicznych, które miały mieć wyłączność na kontrakty z PKP na naprawę i dostarczanie pociągów. Nie wiem, kto za tym lobbował, ale jacyś posłowie koniecznie chcieli tak uregulować rynek. Gdyby premier Buzek podpisał listę, nas by już nie było. Rynek byłby pozamykany. Na szczęście tego nie zrobił.”

Podobne artykuły