Strona główna » Wiadomości » Kadry i ludzie » „Korszakowo” – opowiadania poświęcone kolejowemu miasteczku Korsze i kolejarzom

„Korszakowo” – opowiadania poświęcone kolejowemu miasteczku Korsze i kolejarzom

Redakcja
Okładka książki "Korszakowo"

W Dniu Kolejarza, 25 listopada 2020 roku będzie miała premiera książka Jakuba Michaleczeni, miłośnika kolei, który wychował się w kolejarskiej rodzinie. „Korszakowo” to proza poświęcona kolejowemu miasteczku i w niej mieszkającym kolejarzom.

Książka miłośnika kolei, Jakuba Michalczeni to w rzeczywistości zbiór opowiadań, traktujących o losach małego miasteczka, znajdującego się pod granicą z Obwodem Kaliningradzkim. W miasteczku tym niegdyś znajdowało się osiedle kolejarzy – to właśnie m.in. im jest poświęcona ta książka.

Korszakowo to zbiór opowiadań napisanych w duchu „małego realizmu”, traktujący o losach małego warmińsko-mazurskiego miasteczka. Mamy tu zdegradowanych kolejarzy, mamy byłe pielęgniarki, mamy też chłopaczków z osiedla. Każda z tych postaci na własną rękę próbuje odnaleźć się w rzeczywistości, którą jednocześnie współtworzy. Jednak każde z tych działań przynosi efekty ujemne, każda próba ustanowienia ładu prowadzi do zatracenia, frustracji, izolacji. Odnosi się wrażenie, skądinąd bardzo rzeczywiste, że wszystko tu działa nie tak, jak powinno, a mimo to działa, bo działać musi.

Szymon Szwarc

Gdyby samo pojęcie nie było tak ściśle związane z historią europejskiego teatru ostatnich dwóch, trzech dekad, można byłoby nazwać Michalczenię nowym brutalistą. […] Brutalizm Korszakowa widziałbym zresztą nie tylko na płaszczyźnie zdarzeń, ale również narracji. W niej Michalczenia nawiązuje do tradycji zachodniego behawioryzmu, odsuniętego na dalszy plan w kulturze współczesnej — w dobie eskapizmu i nadmiernej ekspresji „ja”. Młody autor jakby pozostawia wykreowany korszakowski świat samemu sobie. Okrucieństwo Korszakowa wzmaga chłodny, relacjonujący styl tych opowiadań. Jest on spojony z koncepcją zła banalnego. Chodzi o zło, które nie przybiera wymiarów zbrodni, nie ma tej skali. Mimo to jest w szczególny sposób odrażające i porażające (Witek Balerek). […] To raport z codzienności, ze świata, który — by użyć kolejowej metafory bliskiej klimatowi Korszakowa — wykoleił się dawno temu.

Sławomir Buryła

To żadne wydumane bzdety o samotności, odrzuceniu i nietolerancji. To konkretny sierpowy, który niejednego dobrze postawionego jełopa zwaliłby z nóg. Krótkie, gęste i polifoniczne. Tu każde słowo ma swoje miejsce, a co trzecie zdanie uderza jak skórzany bicz. Język kipi energią i czarnym dowcipem, a jednocześnie jest brutalny i pełen awersji. To on pozwala nam dostrzec powolną agonię wyższych uczuć i ludzkich relacji. Aż chciałoby się wierzyć, że to tylko surrealizm. Taka literatura jest nam obecnie bardzo potrzebna.

Paweł Biegajski, blog książkowy Melancholia Codzienności

Chciałbym, żeby Michalczenia nie tak szybko wyszedł poza miniatury. Umie je budować. Umie i zasmucić, i rozbawić. Umie obudzić nienawiść i miłość do małych miasteczek, do świata tak niby dobrze rozpoznanego i opisanego tu i tam. Cholera, on naprawdę umie bawić się językiem i akcją! Ale to nie jest zabawa dla samej zabawy — nie, to proza interwencyjna, to głośne i zarazem kameralne SPRAWDZAM dla literatury zaangażowanej i, jednocześnie, to po prostu opowieści, które trzeba było spisać, które domagały się spisania, bo wielki jest zachwyt i wielkie jest przerażenie okropieństwami i śmiesznością świata tego. To teksty-pytania: A ty — co powiesz? A ty — jak to powiesz?

Piotr Siwecki

Na klatce schodowej wyje jamnik. Nie ma kto go wpuścić do domu. Kilka pięter wyżej pan Jankowski dyma swoją lampucerę. Tak uchodzą z niego wszystkie całodniowe napięcia. A przed blokiem zjawia się w końcu zawezwana przez kogoś karetka. Zabiera z ganku skatowanego pana Pawłowskiego.

„To i pewnie policjanty po mnie zara przyjdą… Ale co mi tam, jak mnie zgarną, to nie będę może musiał bujać się jutro do tej roboty?” — myśli sobie pan Jankowski, kiedy po zabawieniu się z konkubiną leży plackiem na łóżku.

Słyszy jeszcze syrenę — jeden długi ton — przejeżdżającego przez Korsze pociągu towarowego. Rozpoznaje, że to sygnał „Baczność”, i ani się obejrzy, a zasypia twardym snem. Bo dla kogo baczność, dla tego baczność…

Więcej informacji o książce TUTAJ.


(…)Większość maszynistów zamieszkałych i pracujących w Korszach, tym przecież typowo kolejarskim miasteczku, zasłużyła sobie na ekstra miano „szejków”. Nic dziwnego, skoro tu kończy się trakcja elektryczna. Pociągi dalej, linią do Ełku albo drugą na Kaliningrad, prowadzą lokomotywy spalinowe, najczęściej te zwane pieszczotliwie SU-kami małymi i SU-kami dużymi. Oprócz nich eksploatowane są jeszcze paliwożerne Gagariny i charkoczące Rumuny oraz długie Tamary, czy wreszcie manewrowe Stonki lub Łajki. Dzięki temu cała rzesza ludzi zyskała dodatkowe źródło dochodów.

  W tutejszej lokomotywowni, położonej na uboczu — spory kawałek na wschód od dworca osobowego, tuż zaraz za sąsiednią stacją towarową i idealnie w widłach dwóch krzyżujących się linii — faktyczną władzę sprawowali właśnie ci szejkowie. Wkupili się w łaski naczalstwa korszeńskiego Miechaniczieskogo Depo pieniędzmi czerpanymi z handlu lewym paliwem. Za PRL-u mogli jedynie skubnąć kapkę ropy z nielicznych wagonów motorowych SN61 i pierwszych Gagarinów, czy podebrać trochę węgla z królujących wówczas parowozów. A i to pod poważną groźbą wieloletniej odsiadki, że w sumie nie było warto. W wolnej Polsce stworzyli sobie odrębne państwo, jak zbrakło już milicji kolejowej czy SOK-u, bo te służby w Korszach polikwidowano. Najczęściej spuszczali olej napędowy w trakcie dłuższych postojów ze zbiorników lokomotyw do swoich kanistrów. Zdarzało się też, że napełniali baniaczki wprost z dystrybutora przy tankowaniach. Następnie rozprowadzali paliwo na lokalnym czarnym rynku. Dobrze na tym wychodzili, i to nawet po opłaceniu zwierzchników.

  A o niedawnej przeszłości miało przypominać gigantyczne cmentarzysko zaśniedziałych kopciuchów. Naściągano ich z odległych zakątków całej Polski, do pewnego czasu równie kolejowo cofniętych jak Korsze, by można było pobrać z nich części dla tutejszych parowozów, gdy te chodziły jeszcze w normalnym ruchu. Wrakowisko utworzono na nieużywanych bocznicach koło tutejszej lokomotywowni, która stała się odtąd szopą tylko dla spalinówek. I wkrótce musowo będzie bazą EU07 i ET22, gdy trakcję elektryczną pociągnie się do samego Ełku. Przynajmniej wtedy tak ambitnie sądzono, choć skończyło się na zaoraniu wszystkiego i wymówkach, że sieć przesyłowa jest w tym regionie słabo rozwinięta, nie ma elektrowni, a w sumie powinna być atomowa, bo na innym prądzie elektryki nawet nie ruszą — ale jakby dociągnąć druty trakcyjne również do Kaliningradu i wziąć ruski prąd, to ten będzie szpiegował…

  Rdzewiejące parowozy, stopniowo rozkradane przez miejscowych, ponad dekadę czekały na swoją ostateczną zagładę — pewnego razu zjawił się obrotny prywaciarz z brygadą spawaczy, którzy w ramach umowy z PKP pocięli je na złom. Na tyle skrupulatnie podeszli do sprawy, że nie został żaden kopciuch. Gdy jeden taki parowóz okazał się wkrótce potrzebny jako — co zakrawa na rechot historii — pomnik techniki przypominający o kolejarskim charakterze Korsz, to trzeba było go długo szukać po województwie i sprowadzić aż z Ełku. (…)


JAKUB MICHALCZENIA — rocznik 1986, urodzony w Kętrzynie. Większą część życia spędził w kolejarskim miasteczku Korsze na podwójnym pograniczu — tam, gdzie kończą się Mazury, a zaczyna Warmia, i w bliskim sąsiedztwie Obwodu Kaliningradzkiego. Obecnie związany z Olsztynem. Nagrodzony w konkursie literackim „Olsztyński Debiut 2016”. Korszakowo, czyli dziewięć obrazków napisanych w latach 2005-2006, to debiutancka książka tego autora — pierwotnie ukazała się w 2016 nakładem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W 2019 roku Korporacja Ha!art wydała jego drugi zbiór opowiadań — Gigusie, rozwijający wątki poruszone w Korszakowie. Autor pracuje właśnie nad książką podsumowującą cykl korszeński. Jej planowany tytuł to 1990.

Jakub Michalczenia

Podobne artykuły