Kolej jest dla ludzi

Ponad 34 tys. minut opóźnienia – “afrykanizacja” polskiej kolei

Ponad 34 tys. minut opóźnienia – “afrykanizacja” polskiej kolei

Sytuacja na polskiej kolei coraz wyraźniej odpowiada podsumowaniu polskiego państwa, jakiego dokonał Bartłomiej Sienkiewicz w restauracji Sowa i Przyjaciele: „… i kamieni kupa”. Koleje to niestety parodia instytucji publicznej, kpina w żywe oczy z obywateli i państwa.

Na początku października „Dziennik Łódzki” poinformował, że od początku 2014 r. pociągi pasażerskie spółek PKP Intercity i Przewozy Regionalne na linii Warszawa–Łódź spóźniły się o ponad 34 405 minut. Z kolei składy kursujące z Łodzi do Warszawy miały 33 432 minuty opóźnienia. Punktualność wynosiła jedynie 55 proc.! To oficjalne dane Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju. Z pewnością warto nimi zainteresować Marię Wasiak, obecną minister tego resortu, a wcześniej członkinię zarządu PKP SA. Kłopot w tym, że niespecjalnie wiadomo, czy można liczyć na jej kompetencje. Bo na razie najbardziej znana jest z głośnej półmilionowej odprawy, jaką otrzymała, gdy odchodziła z PKP.

Czy polska kolej przygotowuje się do samounicestwienia? Łódzko-warszawski przykład, głośno komentowany w ostatnich dniach w internecie, przekonuje, że tak właśnie jest. A warto dodać, że Łódź nie od dziś jest daleką sypialnią stolicy i bardzo wielu ludzi podróżuje tą trasą codziennie już od bardzo wczesnego rana, by dojechać do pracy. To także wiele mówi o tym, w jakim bałaganie muszą żyć dziś Polacy.

Ale chyba najbardziej wymowny przykład tego, z czym mamy do czynienia w Polsce po ośmiu latach rządów Platformy Obywatelskiej, zamieścił na swoim profilu na portalu społecznościowym Rafał Gdak, dziennikarz serwisu Wiadomości24.pl. 29 września 2014 r. podróżował pociągiem TLK „Gałczyński” z Poznania do Lublina. Przytaczam jego wpis w całości: „Polska. Okolice Sochaczewa. Starsza Pani, na oko po siedemdziesiątce, rok temu zapisała się do lekarza specjalisty w Warszawie. Wybrała wcześniejszy pociąg z Poznania, by zdążyć na godzinę 19.00. 60 km od Warszawy zepsuła się lokomotywa. Pani nie dotrze do lekarza”. Przychodzi mi do głowy tylko jeden, mocny komentarz, słowa zaczerpnięte z utworu Kazika Staszewskiego: „Coście, s…syny, uczynili z tą krainą?”. Bo takie są dziś zmartwienia i kłopoty znacznej części Polaków, na takie – urągające jakimkolwiek cywilizowanym standardom – sytuacje skazuje ich życie we własnym kraju, którego elita ma w nosie los swoich rodaków.

Procesy, które zachodzą na polskiej kolei, eksperci Centrum Zrównoważonego Transportu określają mianem „afrykanizacji”. W czym rzecz? Okazuje się, że pod względem niskiej częstotliwości kursów kolejowych składów znajdujemy się nie tylko za wieloma krajami europejskimi, ale także za niektórymi państwami Afryki. Potwierdzają to statystyki Międzynarodowego Centrum Kolei. Otóż na rodzimych trasach kolejowych średnia dobowa częstotliwość dla pociągów pasażerskich i towarowych to 11 kursów w ciągu 24 godz. Tymczasem średnia dla krajów unijnych to 22 kursy na dobę. Tylko w naszym regionie wyprzedzają nas Czechy, Węgry i Słowacja. W skali globu lepiej niż w wypadku Polski wyglądają statystyki dla Kazachstanu czy Wietnamu.

Wyraźnie widać, że brak u nas pomysłu na sensowną komunikację publiczną. Brakuje i kapitału (co najlepiej widać na przykładzie drobnych prywatnych przewoźników), i know-how (czego znakomitym przykładem są polskie koleje). Nic też dziwnego, że ostatnią deską ratunku dla pasażerów jest wejście obcego, prywatnego kapitału. Podam dwa przykłady – lokalny i ogólnokrajowy. Otóż na Podkarpaciu niemiecki prywatny właściciel wykupił kilka połączeń od PKS. Dzięki temu autobusy z Rzeszowa do Brzozowa kursują co pół godziny, z Rzeszowa do Sanoka co godzinę (w tym ostatni po godz. 22.00). Z kolei z Sanoka do okolicznych wsi autobusy rozjeżdżają się po zmianie przewoźnika nawet po godz. 23.00, by na miejsce dotrzeć grubo po północy. I to się opłaca! Wprowadzono promocje na dzień bez samochodu, bilety jedno-, trzy- i siedmiodniowe. Z gorzką ironią skomentował to na swoim profilu na portalu społecznościowym Karol Trammer, redaktor naczelny pisma „Z Biegiem Szyn”: „Niemiec nie wpadł na to, że w Polsce po wykupieniu PKS‑u nie trzeba zajmować się przewożeniem ludzi, lecz można zrobić biznes na sprzedaży terenów dworców i zajezdni pod supermarkety oraz zezłomowaniu autobusów”.

Przykład ogólnopolski odnosi się do Polskiego Busa, który de facto jest firmą zagraniczną. Tutaj przy okazji świetnie widać absurdy związane z zarządzaniem koleją w Polsce i całościową sytuacją komunikacji masowej. Otóż wraz ze zbliżającym się wprowadzeniem na polskie tory pendolino PKP Intercity zamierza wycofać ze swojej oferty większość tańszych pociągów (TLK), przyjaźniejszych dla kieszeni mniej zamożnych Polaków – a takich jest przecież większość. Pozostaną już niemal wyłącznie „pociągi dla bogatych”.

Takie zmiany zostaną wprowadzone choćby na trasie Warszawa–Kraków. Ceny powyżej stu kilkunastu złotych są zaporowe dla przeciętnych pasażerów. Tymczasem Polski Bus już zapowiedział, że w tym samym czasie zwiększy liczbę swoich kursów między Warszawą a Krakowem. Dodajmy, że cena przejazdu w ich ofertach jest zdecydowanie niższa. Sytuacja postawiona jest na głowie, ale w Polsce to nie dziwi: publiczne, polskie koleje dla wyższych sfer i prywatna, zagraniczna firma dla zwykłych ludzi. Retoryczne pytania: czy ludzie odpowiadający za tę strategię w PKP Intercity i innych kolejowych spółkach naprawdę wiedzą, co robią? Czy liczą się jedynie sute odprawy dla „bankomatów”, czyli ludzi zatrudnionych w polskich kolejach w czasach Sławomira Nowaka? Tak się kończy fasadowa modernizacja. Tyle że rynek nie znosi próżni i szczęśliwie dla pasażerów pojawiła się już choćby częściowa alternatywa dla źle zarządzanych kolejowych spółek. Ale pod adresem polskiego państwa warto przy okazji postawić istotne pytanie: czy ktoś jeszcze na serio zarządza masą upadłościową po premierze Tusku?

źródło:niezależna.pl